Nie wiem dlaczego dopadło to i mnie. Nie chcę tego. Chociaż czasami mam wrażenie, że im bardziej staram się być pozytywnie nastawiona do życia za innych ludzi, tym bardziej sobie szkodzę. Nie jestem w stanie życia za kogoś przeżyć. A kiedy nie umiem pomóc, załamuję się. To nie powinno być wzajemnie uwarunkowane, ale jednak. Przyznaję się – cisza na blogu spowodowana była gorszym okresem w moim życiu. Ale przecież wszyscy je czasem mamy, prawda?

Zastanawiałam się o czym tak naprawdę ma być ten post. Chciałam napisać coś pozytywnego. Ale to byłoby oszustwo. Nie chcę kłamać, że jest kolorowo, a potem czuć pustkę. Dlatego dziś piszę prosto z serca i co właśnie mi na duszy leży. A przecież brakowało mi tego. Brakowało mi pisania, bloga i Was. Bardzo brakowało tego wszystkiego, ale nie chciałam robić nic na siłę. Czasem bywa tak, że chcemy w spokoju pomyśleć, zastanowić się nad obecną sytuacją, w której się znaleźliśmy. Miewacie takie chwile? Co Wy wtedy robicie?

Ostatnimi czasy, jedyne na co ja miałam ochotę to koc i cichy, spokojny kąt tylko dla siebie. Tutaj Was zaskoczę – nie jest to spowodowane obecną pogodą. Zupełnie mi ona w tym roku nie przeszkadza, a wręcz czekam już na prawdziwą zimę. Taką ze skrzypiącym pod butami śniegiem i zimnymi płatkami spadającymi na nos. Taką, w której mogę nosić olbrzymią czapę i rękawiczki na dwa palce, bo tylko w takich mi ciepło i chodzić wszędzie z termicznym kubkiem pełnym gorącej herbaty. Dobrej, rozgrzewającej herbaty. Takiej zimy właśnie wyczekuję i oczywiście… Świąt! To jest teraz moja największa motywacja chyba. No cóż – jest już bliżej, niż dalej.

Najgorsze jest w tym wszystkim to, że mało rzeczy mi przez ten czas sprawiało radość. Cały czas myśląc o problemach, i to w dodatku nie swoich, straciłam chęć do cieszenia się z małych rzeczy. Za łatwo przychodziło mi narzekanie. Za szybko uśmiech schodził z twarzy. Za często puszczały nerwy. Czy ja muszę się tak wszystkim przejmować? Może ktoś w końcu wymyśliłby dla mnie jakieś lekarstwo… Próbowałam znaleźć sobie zajęcie, dzięki któremu poprawiłoby się w końcu moje samopoczucie. Ostatnio to chyba jest pieczenie słodkości. Uwielbiam to robić, szczególnie jeśli moje wypieki smakują bliskim! Poza tym robię też coraz więcej zdjęć. Kto wie – może urodzi się z tego nowa pasja.

Jakieś przemyślenia?

Przez te prawie dwa tygodnie parę spraw do mnie dotarło. Chociaż tak naprawdę są one oczywiste, to człowiek dopiero w pewnych momentach uświadamia sobie ich znaczenie. Nie jestem ani psychologiem, ani żadnym specjalistą, ale wiem że niepotrzebne dołowanie się i wpędzanie w stany depresyjne, kiedy tak naprawdę mamy za co być w życiu wdzięczni, prowadzą do przykrych skutków. Na początku można być tego nieświadomym, by następnie wpaść w spiralę użalania się nad sobą. Oczywiście – jest to łatwiejsze od wzięcia się w garść. Nikt mi nie powie, że zmiana jakości swojego życia na lepsze jest miękkim orzechem do zgryzienia. Nie. Skoro to potrafi być często ciężka praca nad sobą, to jak ma to się udać z dnia na dzień? Jak ma to się stać, kiedy jedyne co robimy to czekamy na gwiazdkę z nieba. Aż spadnie i najlepiej zrobi za nas wszystko, co potrzeba. A my potem będziemy spijać piankę. Nie. To nigdy nie jest takie proste.

Potem jednak usłyszymy, że łatwo nam mówić, bo mamy wszystko czego zapragniemy. Nie wiem, jak można tak mówić. Trzeba nie mieć pojęcia o życiu. Jak można wyrzucać innym, że im się udało i używać tego jako pretekstu do użalania się nad swoim losem? Do czego to ma prowadzić?

A wiecie co jest najgorsze? Kiedy staracie się, próbujecie ale nie widzicie żadnego odzewu. Nic. Jak grochem o ścianę. A wtedy przestaje już Wam się chcieć. Cokolwiek. Bo przecież to nic nie daje. To jest właśnie najgorsze. Bo nie wiecie, co moglibyście jeszcze zrobić.

Ale dlaczego?

Czasem zastanawiam się co sprawia, że jednym łatwiej się załamać i czekać na ratunek Supermana, podczas gdy inni sami nim się stają. To może być kwestią wielu rzeczy – od braku pewności siebie i wiary we własne możliwości, po wychowanie. Nie chcę się tutaj zagłębiać, bo przecież każdy przeżył w życiu swoje, ma inny bagaż doświadczeń i nie da się tego porównywać. Co jest tutaj ważne? Ważne jest to jak, mimo tego wszystkiego, potrafimy radzić sobie z przeciwnościami. Z każdą kolejną kłodą rzuconą pod nogi. Można położyć się plackiem i czekać, aż każda kolejna będzie nas po trochu miażdżyła. Ale można też wstać. Wstać i starać się ze wszystkich sił je przezwyciężyć. Bo to jest trudne, ale nie niemożliwe.

Wiadomo, że bywają w życiu przeróżne sytuacje. Czasami mamy wrażenie, że już chyba gorzej być nie mogło, a wtedy dzieje się coś co nas uświadamia, że byliśmy w błędzie. Ale zobaczcie ilu jest na świecie ludzi, którzy radzą sobie mimo, że los nie uraczył ich najłatwiejszym życiem. Gdy rozmyślam na takie tematy zazwyczaj przed oczami mam jedną postać. Człowieka bez kończyn, którego wszyscy dobrze znamy. Ktoś może powiedzieć, że nie byłby taki szczęśliwy gdyby był zwykłym, przeciętnym niepełnosprawnym, a nie coachem i mówcą docierającym ze swoimi słowami w najgłębsze zakątki świata. Mało kto w takich sytuacjach przypomina sobie, że on również miał wiele czarnych chwil. Chwil, które mogły zakończyć jego żywot. Jednak wola walki była silniejsza. I wygrał.

I po co?

Ten post jest dla mnie ważny, ale jest także przestrogą. Przed tym, żeby nie dać życiu uciec. Żeby nie wpaść w pułapkę własnego, negatywnego myślenia, które nie pozwala zauważyć tych dobrych rzeczy wokół nas, a potęguje to, co złego nas spotkało. I każe się nad sobą użalać, zamiast wstać i coś zrobić. Chociaż zacząć. Wytrzyj oczy i walcz. Bo z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, prawda?

Facebooktwitterpinterest

Written by 

Lubię rozmyślać, dużo rozmyślać. I właśnie to tutaj robię - dzielę się z Wami tym, co wymyśliłam i co uważam za ważne. Nie znajdziecie tu taniej rozrywki i głupich obrazków, to nie mój styl. A więcej o nim dowiecie się pozostając ze mną na dłużej i z moimi słowami. Kawa jest bardzo wskazana!